Translate

czwartek, 29 grudnia 2016

LUSTRO WIELKIEGO BRATA

   
Jean-Etienne Liotard

    W poprzednim poście zobowiązałam się do ujawnienia przyczyny długiej nieobecności na bloggerze.

      Otóż nie wykorzystywałam podczas prowadzenia bloga całego dobrodziejstwa, jaki oferuje Wielki Brat. Interesowały mnie przede wszystkim społeczności, które publikowały blogi, a jest ich kilkadziesiąt. Oczywiście nie gardziłam obcojęzycznymi, wszak blog mój ma przecież tłumacza. Znalazłam w ten sposób możliwość dotarcia do czytelników w najdalszych zakątkach globu.  

    Jednak nie mogę stwierdzić, że żyłka "pisarska" przytłumiła we mnie ducha artystki. W poprzedniej wersji bloga wystarczyło kliknąć w moją fotografię, aby przejść na "drugą stronę" rzeczywistości googlowskiej. Zaczęłam zaglądać na drugą stronę lustra - na artystyczne strony społecznościowe, po czym aktywnie komentowałam posty, a także zaczęłam zamieszczać własne. Malarstwo, rzeźba i muzyka pochłonęły mnie dość szybko, co zostało zauważone przez właścicieli społeczności artystycznych prywatnych i publicznych. Zostałam moderatorem jednej z nich, nie porzucając prowadzenia jednocześnie swojego profilu, na którym byłam coraz bardziej aktywna. 
Na bloga już nie starczyło czasu.
Dzielenie się... 
Tak, dziękują ci "przyjaciele" za dzielenie się. Część z nich nawet nie otwiera swoich laptopów. Wystarczy, że w swoich smartfonach czy innych mniejszych urządzeniach obejrzą post, który wcześniej wyszukałam w sieci, zapisałam go i opublikowałam. Oni jadąc tramwajem do pracy lub w czasie  swoich "żmudnych zajęć w pracy"   dadzą  plusik lub skomentują. Jeśli wejść jest kilkaset dziennie i przynajmniej jakiejś części należy odpowiedzieć (a odpowiadałam w jęz. angielskim, ponieważ tłumacz z polskiego na ... jest fatalny) to w końcu marzy się, aby nikt po tej drugiej stronie nie wysilał się na komentarze.
   W końcu człowiek czuje się osaczony przez tych pożeraczy sztuki i tęskni za ojczystym językiem.

    Mówią, że w starszym wieku już nie ma co się obawiać o uzależnienie. 
Nieprawda. 
   Można zapamiętać się, nie odmierzając czasu, można rozmawiać z bliskim, patrząc w ekran laptopa, pisząc coś lub wklejając jakiś obrazek, zamiast patrzeć im w oczy, tłumacząc przy tym bezczelnie, że ma się podzielność uwagi. A oczy ich  błagały o uwagę. Wypierałam się stanu uzależnienia w rozmowie z mężem, córką i dalszą rodziną. Dopiero list wręczony mi, napisany przez córkę, mieszkającą przecież wspólnie ze mną i wcześniej usiłującą mnie wyciągnąć z tego uzależnienia, rozrzewnił mnie i zaczął przynosić właściwe powolne efekty.

    Jednak ostateczna interwencja przyszła "z góry".
Wnuczek przyniósł z przedszkola "jelitówkę". Powaliło najpierw jego rodziców, a po tygodniu... mnie.
Stare porzekadło ludowe mówi, że na odkochanie najlepszym lekarstwem jest... rycyna.
W obecnych czasach wystarszy... jelitówka.
   Kilkudniowa "niemoc", odcięcie od sieci...
   Okazało się, że można bez laptopa żyć...

   Postanowiłam  przeciąć tę zabawę w propagowanie sztuki. Wracam do prowadzenia bloga, ale już z rozwagą.
 Czy jeszcze wrócę do społeczności artystycznych?
Nie wypieram się, jednak z rozsądkiem dawkowałabym posty żądnym "obserwatorom". 

    Dlaczego wracam do bloga?
Zauważyłam, że on żyje własnym życiem. Wciąż jest czytany i to w różnych częściach świata. Napłodziłam tych postów trochę, więc jest co poczytać. Zresztą sama mogłabym je powtórnie przeczytać, bo pamięć ulotna. 

A jaki morał płynie z tego rozważania?
Nic dobrego nie znajdziecie po drugiej stronie lustra.