Translate

wtorek, 31 maja 2016

CZY KTOŚ WIDZIAŁ MOJEGO DAN-DANA?

    Jutro Dzień Dziecka, muszę wziąć sprawy w swoje ręce i sam ukradkiem napisać post za babcię, bo ostatnio coś smęci.
Moje święto  jutro, a ja już poniosłem stratę. 
Nie mogę jeszcze się wysłowić, ale w myślach jestem "elokwentny". Ciekawe, po kim to mam? Jak zacznę mówić, to dopiero pogadamy!

    W tamtym tygodniu wróciłem z niedzielnej wycieczki od drugich dziadków z prezentem, o którym nic nie miałem wiedzieć. Mam około 2 i pół roku, więc łatwo mnie oszukać.  Prezent był jakiś dziwny, bo po wyjściu z samochodu tata ukradkiem wyjął go z bagażnika, a on pofrunął pod sufit garażu i tam już został. Był lekko owinięty, więc nie wiedziałem, co to jest.

     Wczoraj babcia, z którą mieszkam, pociągnęła za zwisający z prezentu sznurek i ..... to był dan-dan....!!!


     Wszyscy nazywają go traktorem, ale ja będę się swojej nazwy trzymał jeszcze trochę, dopóki nie przemówię (a to już tuż..tuż..). To jest najlepszy pojazd - zabawka. Mogę ich mieć caaaaały pokoik!

       Już miałem wyjść z dziadkiem na spacer z dan-danem, kiedy babcia ostrzegła dziadka, że balon jest napełniony helem. Nic mi to nie mówi. Miałem poczekać, aż babcia znajdzie wstążeczkę, żeby przywiązać  balona do mojej rączki. Nie wiedziałem, dlaczego. 

        Zastanawiam się, czy dziadek nie mył dzisiaj uszu, czy jest nieposłuszny, bo otworzył drzwi i wyszliśmy.  
        Na zewnątrz było jakoś szaro i wiatr się zerwał. Żałuję, że nie zabrałem wiatraczka. 
       Z tym balonem "dan-danem" to nie był dobry pomysł. Jestem silny jak lew, taką piosenkę mama odtwarza mi z laptopa, a tu wiatr wyrwał mi balonik z rączki i ten poleciał mi bardzo wysoko ponad domy, aż do chmur, tam gdzie samoloty codziennie latają. 
Dziadek stanął, jak wryty i tylko mnie przytulał, mówiąc:
   - To, nic, on pofruwa sobie i może wróci, a jak nie, to pomyślimy o innym prezencie.

   Wróciliśmy do domu. Pokazałem babci, dokąd pofrunął mój dan-dan, na chmury, z których już zaczął padać deszcz, a i jakieś głosy  stamtąd usłyszałem. Myślałem, że to dan-dan warczy i do mnie wraca, ale babcia powiedziała, że to grzmi i będzie burza.


    Ale padało! I światło się pokazywało na niebie. Jeszcze czegoś takiego w swym dwuletnim życiu nie widziałem.
Ale dan-dan nie wrócił. 

Słyszałem, jak rodzice i dziadkowie rozmawiają o Dniu Dziecka i jakichś prezentach. Może dostanę drugiego dan-dana?
Dwie i pół godziny trwała burza.

Wyjrzałem na taras, a tam jakiś bocian wylądował!



Słyszałem, jak ciocia kiedyś pytała rodziców, kiedy bocian przyniesie mi prezent? Czy są takie plany, bo mnie samemu smutno.

Może ten bocian mi na Dzień Dziecka  prezent przyniósł?

      Na obrazkach nosił chustkę z dziećmi, ale on nic w dziobie nie miał. Pobiegłem do mojego domku, może mi tam podrzucił,





ale i tam nic nie było. 

    Może dlatego, że ja z tego domku zrobiłem sobie Toj-Toj. Pierwszy raz jak tam wszedłem, kiedy dziadek mi go złożył, to rodzice nie mogli mnie stamtąd wyciągnąć, tak mi się tam podobało.  Nie dałem się wyciągnąć stamtąd  nawet wtedy, kiedy był czas do toalety. Mama pobiegła po nocniczek, ale jak wróciła, było już po wszystkim. Teraz, co tam wejdę, to pielucha pełna. Ciocia mówi, że to odruch Pawłowa. 
Jaki tam odruch? Po prostu lubię tu siusiać i nie tylko.

      No to jak bocian mógł mi w takim miejscu zostawić jakiś prezent? Sam jestem sobie winien!

     Mówią, że to nie bocian, tylko czapla. Ma krótszy dziób i mniejszy ogon. A skąd ja to niby miałem wiedzieć. Nalatał się człowiek, co niemiara i ani dan-dana, ani dziecka. Nie mogli mi od razu wyjaśnić. Co ja, ornitolog jakiś jestem, czy co?

      A może ktoś widział fruwającego dan-dana? Nagrodę wyłoży dziadek.

     Jak nie, to prezentu w postaci balonu "dan-dana" napełnionego helem oczekuję od dziadka. To za karę, że nie słuchał babci. 
Babcia ma zawsze rację.
Piszę tego posta za babcię, to inaczej nie mogę się wyrazić ;-)

Ale żeby Dziadkowi nie było przykro, to niech posłucha swojego  ulubionego Bułata Okudżawę.
A Babcia  - swoją Sławę Przybylską 
Dziewczynka płakała, kiedy jej balonik uciekł, ale przecież ja jestem małym mężczyzną.

Śpiewają, że balonik wrócił, może i mój powróci?






 

poniedziałek, 30 maja 2016

BĘDĘ Z TOBĄ


      Dzień Dziecka - czy jest to święto wszystkich dzieci?

      Czy są i takie, którym powszechne obchody tego wyjątkowego dla większości dnia, przywołują w najlepszym razie smutek, żal? 

    Bo nie stanowią w tym dniu dla tej jedynej kobiety, która wydała go na świat najcenniejszym darem, jakim Bóg obdarza kobietę? 

     I tak miały szczęście, że nie zginęły od skalpela, nie wylądowały na śmietniku, ale w jakimś domu dziecka czy w oknie życia.

     Ich życie emocjonalne, jeśli nie teraz, to kiedyś w przyszłości, kiedy dowiedzą się, że zostały odrzucone, może rozkruszyć się, jak dzban.


     Nie wiem jak układały się relacje matki i dziecka w tym przypadku,  skłaniającym do opublikowania wiersza, który niedawno znalazłam w internecie. I nie osądzam z góry  żadnej ze stron, bo prawda może leżeć po środku. Jednak Dzień Dziecka ani Dzień Matki, jak sądzę, w tym przypadku nie był miłym dniem dla autora tych słów:  

"Wołanie w pustkę

Autor : kasiek , środa, 03 październik 2012 w dzień matki
 
Chcesz tego ode mnie
Czego mi nie dałaś.
Nie byłaś przyjemna
Kiedy byłam mała.
Spotykam cię w sądzie
Na rozprawie- krótko,

Już tak teraz będzie?
Będziesz mi "powódką"?
Otrząśnij się- proszę- wreszcie
I przestań wciąż jątrzyć.
Nie pozwól by niechęci dreszcze
Miały nas wykończyć."


     Całe szczęście, że to  wyjątki, chociaż nasilające się w ostatnich czasach. A może po prostu częściej nagłaśniane przez media.

  Dziecko, zawsze będzie dla swojej matki "dzieckiem" nawet, jeśli już będzie miało swoje własne dzieci. 
Chociaż słowa piosenki Katarzyny Groniec "Będę z Tobą" , stanowią deklarację matki wobec dziecka, to przecież stanowić mogą również odwrotną relację. Dziecko też może być do końca z matką, jeśli przez życie byli dla siebie przyjaciółmi.

    Dziękuję Bogu, że mogę się poszczycić taką przyjaźnią z moimi dziećmi. Mieszkamy z jedną z córek pod wspólnym dachem w pobliżu miejsca zamieszkania drugiej córki. Stanowimy rodzinę wielopokoleniową.




  
 
To dzieci chcą nam na starość zapewnić swoją opiekę. Ale wcześniej trzeba było dać im (o czym już pisałam wcześniej), przykład opieki nad moimi rodzicami u schyłku ich życia, kiedy już nie mogli być samodzielni.

    A moje dzieci urodziły się, chociaż nie tego samego roku, ale tego samego dnia - obydwie córki przyszły na świat w przeddzień Dnia Dziecka a w dniu bardzo dla mnie ważnym - w Święto Nawiedzenia NMP.  



 

piątek, 27 maja 2016

MOJE SAN FRANCISCO




     Moje obecne miejsce zamieszkania przyrównuję do San Francisco. I to nie ze względu na kwiaty, które należy w tym mieście nosić we włosach, o czym śpiewał  Scott Mc Kenzie. Oczywiście, mowa tu o latach hippisowskich.
Może Kenziemu chodziło o zwykły kwiatek we włosach?

 by Nichael i Inessa  Garmash

Tancerka flamenco
 
     Ja i tak szansy nie miałabym, ze względu na jedwabistość moich włosów. Jedynie wiek miałam taki sam, jak hippisi. Byłam jednak dziewczyną z "dobrego domu" i co najwyżej kwiatek mogłabym sobie próbować wpiąć, ale i tak żadna moja fryzurka takiego ciężaru nie zdzierżyłaby. Chyba, że jedną maleńką stokrotkę lub chaberek. Ten ostatni to mój ulubiony polny kwiat.

O, taki wianuszek na głowie, to może byłoby rozwiązanie?

by Goyo Dominguez

   Ten wianek też może i odpowiedni, ale modelka za bardzo ułożona, jak na tamte czasy, chociaż, jakby przystroić ją w jakieś koraliki, sznureczki itp., to kto wie?
 Idolką młodzieży wówczas była Janis Joplin.

Janis Joplin (Wikipedia)


To może kwestię fryzury zakończę wdzięcznym "warkoczykowym" obrazkiem.


by Laura Ramie

Ad rem, dlaczego San Francisco?
Nachylenie ulic jest tym wspólnym mianownikiem. Pewnie, że nie jest takie u mnie duże, jak widoczne na obrazie. Lombard Street składa się z 9 serpentyn na odcinku nie dłuższym niż 400m. Nachylenie ulicy 16 %
Została zaprojektowana w 1922r. przez Carla Henry`ego.

Lombard Street w San Francisco


San Francisco  -  by Po Pin Lin


    Atrakcyjny przejazd dla turystów tramwajem linowym po stromej ulicy Powell Street nie bawiłby mnie. 
       Nie jest to jednak najbardziej stroma ulica świata wg Guinnessa, bo jest nią Baldwin Street w Dunedin w Nowej Zelandii. Nachylona jest pod kątem 19 stopni, czyli około 35 %.

Baldwin Street
Odnotowano tam przypadek dwu dziewczyn, które postanowiły zjechać po tej ulicy (odcinek ulicy ma 350m) w koszu na śmieci. Dla jednej z nich skończyła się ta przygoda śmiercią.

Dziękuję. Po takiej ulicy, chodziłabym chyba na czworakach. 

A propos chodzenia na czworakach, żeby nie wywoływać wilka z lasu, to znalazłam na blogu "Zebry w galopie" ciekawą informację o przypadkach ludzi obciążonych zmianami genetycznymi, które zmuszają ich do chodzenia całe życie na czworakach.
 W pewnej tureckiej rodzinie liczącej 16-oro dzieci, aż 5-oro nie przyjęło postawy wyprostowanej, pozostając w pozycji na czworakach. Kiedy publikowano artykuł o tym przypadku, osiągnęli już wiek od 19-35 lat.

BBC
Rodzina turecka na czworakach - zdjęcie BBC

 
4n1
Jedna z sióstr - zdjęcie BBC


"Mimo, że poruszają się na czworakach, to potrafią wykonywać precyzyjne prace za pomocą samych rąk, np. kobiety szyją. Z kolei syn wędruje po okolicy, zbierając puszki i butelki, które sprzedaje w skupie, żeby pomóc rodzinie. Nosi je w zaimprowizowanym z koszulki tobołku, który przytrzymuje zębami." (Blog "Zebry w galopie"  wpis- Przez życie na czworakach- polecam, są tu ciekawe medyczne szczegóły)

To nie jedyny taki przypadek ludzi,  chodzących na czworakach.


journal.pgen.1000487.g002
Członkowie irakijskiej rodziny przemieszczający się na czworakach. CC BY 3.0 Türkmen S, Guo G, Garshasbi M, et al. CA8 Mutations Cause a Novel Syndrome Characterized by Ataxia and Mild Mental Retardation with Predisposition to Quadrupedal Gait. Barsh GS, ed. PLoS Genetics. 2009;5(5):e1000487. doi:10.1371/journal.pgen.1000487.

A tak ciężko mi podchodzić pod wznoszące się ulice w mojej miejscowości. Mają jedynie około 5% nachylenia na odcinku około 500m, a wydawało mi się, idąc z zakupami, że pokonuję ulice w San Francisco. Nieraz narzekałam, że pod koniec trasy będę ciągnąć się na czworakach.

   Od dzisiaj jednak, określenie to nabrało dla mnie innego sensu. Nie będę wywoływać wspomnianego już wilka z lasu.
 Muszę po prostu podnieść się od komputera i nabrać kondycji, bo jak na razie, to kondycję wyrobiłam sobie w palcach od stukania w klawiaturę laptopa, jak ten kot.

 

A kwiaty we włosach mogą nosić nawet starsze panie i też wyglądają wdzięcznie.







 

środa, 25 maja 2016

MATKO MOJA, JA WIEM...



Tę piękną pieśń Bernarda Ładysza, dedykuję Wszystkim Matkom.
Niech usłyszy ją również moja, w niebie.... 

Ale Mateńko moja,  mam dziś dla Ciebie kilka słów ode mnie:

 Tak bardzo pragnę
Mateńko moja
Gładzić Twych włosów
Srebrzystą nić.
Moją tęsknotę 
Wznoszę wysoko,
Gdzie zawsze chciałaś
Z Jezusem być.

Dostałaś swoją
Hojną zapłatę
Za lata modlitw
Trudy i znój.
Może widziałaś
Przygotowany
Przez Najwyższego
Zakątek mój?

Czy wyjdziesz 
Po mnie,
Mateńko moja,
Z komnaty, w której
Lśni ciągły blask
I zechcesz przyznać:
"To moje dziecię.
Przygotuj, Panie,
Zdrój swoich łask." 








wtorek, 24 maja 2016

JAK PENELOPA CRUZ

    Nie mam dzisiaj żadnej chandry, no bo i przyczyny do niej nie znajduję. 
Świeci piękne słoneczko. Wyrzutów sumienia też żadnych. Wczoraj pogadałam sobie przez kratkę, choć mogłabym  "face to face" w pokoiku. Lubię jednak tradycję i pewną tajemniczość. Przecież rozmawiam (oczywiście za pośrednictwem księdza)  z samym Bogiem. 

    A już myśleliście, że prowadziłam konwersację przez kraty więzienne?

  Nie, niczego nie ukradłam, ani nikogo nie ukatrupiłam, jak na razie, bo to nigdy nic nie wiadomo na zapas.
Mówią, że okazja czyni złodzieja.

     A ja właśnie zaczęłam od chandry, której nie mam, ale mimo to wybrałam się do galerii. I chociaż tu nie muszę wyjaśniać, że nie jako "galerianka" z powodów etycznych, bo i tak nie podejrzewacie mnie o to ze względu na mój wiek.  
No to wszystko jasne.

    I tak, jak w moim poście pod tytułem "Co by tu kuuuuuuuuupić?" zastanawiam się, chodząc od butiku do butiku, a nuż mi coś w oko wpadnie.

     Chyba nie tylko ja mam ten dylemat, bo oto dwie dziewczyny o różnych kształtach figur też przeglądają wieszaki kuszące najmodniejszymi okazami mody kobiecej.

  Obsługa butiku chyba bez większego doświadczenia. Kto wie, czy nie jest tu zastosowana najkorzystniejsza metoda polityki zatrudnienia - staż opłacany przez jakieś biuro pracy, czyli również przeze mnie. Jaka płaca, taka praca. 

    Wspomniane młode klientki zatrzymują się przy spodniach. Niestety, coś w rodzaju leginsów, to nie dla mnie. Myślę, że chyba tylko dla tej szczuplejszej. Chociaż nie, ta o kształtach Penelopy Cruz, pewno w marzeniach widzi się równą koleżance i także wybiera spodnie o tym samym rozmiarze. 

    Dziecko, myślę sobie, kochaj, ty, kochaj swoje kształty, przecież taka Penelopa rozsławiła tę część kobiecego ciała, jak dotąd nikt.


Penelope Cruz

  Chociaż może przesadziłam, Rubens też zrobił swoje.

"Wenus z lustrem" Rubens


 Wezmę sobie spódnicę trochę dłuższą i szczuplejszą, nie dlatego, że ja też porównuję się do córki. To ona w czasie studiów zrobiła sobie kurs modelki, a nie ja. Zawsze mogę jej zrobić prezent. Gdybym nie trafiła w gust, umiem sobie skrócić. Zresztą, to też pewna asekuracja przed ewentualnymi uwagami, że szafa mi się nie domyka, a tu jeszcze nowy zakup. A tak, to nie dla mnie, a skoro nie podoba się córce, to trudno..., wezmę dla siebie. Wilk syty i owca cała.

     Tak sobie rozważam w przymierzalni, kiedy dochodzi mnie z sąsiedniej kabiny, chichot i okrzyk:

"My God!".

  Korpulentna dziewczyna, wciska spodnie na krągłą pupę. Koleżanka radzi jej przychylić się, aby się upewnić, że będzie czuła się w nich swobodnie. Chyba ją posłuchała, bo dźwięk ... prucia.... (tak sądzę, bo do czego innego można go przyrównać, bez zapachu?) doszedł do moich uszu, wcale nie przylepionych do ścianki. Wszystko słychać, bo dzieli nas zamiast drzwi, kotara. 
   
     Co teraz zrobią konsumentki?
Postanowiły po wspólnych chichotach, przeplatanych utyskiwaniami, co następuje:
 - rubensowska piękność wyjdzie w spodniach do kasy, oznajmiając, że są tak świetne, że ona już w nich pozostanie. Ma długą tunikę, nie będzie rozdarcia widać. W domu jakoś poceruje. Wciąż ufa, że jej rozmiar - to eska, a materiał - uciągliwy. Druga dziewczyna, zrezygnowała z zakupu.

    Nasza "Penelopa" metkę do skasowania podała niedoświadczonej stażystce, dopytując ją o satysfakcję z pracy, aby odciągnąć uwagę od nietypowego zakupu i czym prędzej zaczęły dziewczyny zmierzać do wyjścia. Pierwsza, oczywiście, wyparowała przyjaciółka klientki. Za nią podąża właścicielka feralnych spodni. Ale  co to?

    Oczy klientów galerii skierowane na nią, bo ten sygnał, który chce ją ogłuszyć, przy przekraczaniu drzwi, najwyraźniej jej dotyczy.
 "My God!" - słyszę już drugi raz w tym butiku. Dziewczyna wraca, kierując się do kasy. Przecież zapłaciła, ma paragon,  ale ten ... klips, o którym zapomniała, ale gdzie głowę miała ekspedientka? 
Jak to pisałam? 
"Jaka płaca, taka praca?"

    I tak dobrze, że od drzwi nie podprowadził ją pod rękę jakiś ochroniarz, bo nie byłby to polonez z krasym licem dzieweczki w  posuwistym kroku z pięknym oficerem.
 
Polonez na Placu Zamkowym w Warszawie z okazji 3 maja



   Już widzi się, jak zawstydzona przebierałaby nóżkami, ledwo dotykając podłogi, kiedy pod pachę chwytając oszustkę, ochroniarz ciągnąłby ją do pakamerki.

Ochrona galerii

   A co najgorsze, ten klips jest przyczepiony do paska z tyłu, a tam widok tak osławionych ostatnio przez media gołych pośladków kobiecych (przez te stringi).

    No i tu dalszy problem.
 Aby dotknąć klips do urządzenia rozmagnesowującego, trzeba by rubensowską piękność wziąć pod pachę i przystawić pewną częścią ciała do urządzenia. Tego byłoby już za wiele. Musiała jednak zdjąć z siebie te przeklęte gacie w przymierzalni, przebrać się w swoje stare ciuchy i .... przełknąć ten gorący kartofel.

     A nie trzeba było tak od razu?
Ale jestem wredna, co? 


Czasem śpię :-)


 

sobota, 21 maja 2016

STRACH PRZED CZŁOWIEKIEM TO SIDŁO

     Dzisiaj zatrzymałam się nad książką, która jest kontynuacją wcześniej przeze mnie wspominaną w postach: "Jezus mówi do Ciebie". Nosi ona tytuł "Drogi Jezu" z podtytułem "Codzienne rozmowy z Jezusem" autorstwa Sarah Young. Książka ma formę listów autorki do Jezusa wraz z Jego odpowiedziami.

  Tym razem rzecz dotyczy strachu przed człowiekiem.
Autorka pisze :

"Drogi Jezu,
dopiero zaczynam rozumieć, jak bardzo przeszkadza mi w życiu lęk przed drugim człowiekiem. Ten stan towarzyszy mi od tak dawna, że przez większość życia nie zdawałam sobie z tego sprawy. Był to po prostu element mojej codziennej egzystencji. Teraz, kiedy mam świadomość tego lęku, bardzo bym chciała się od niego wyzwolić. On jednak wrył się głęboko w moje myśli i serce. Kiedy jestem z ludźmi, za bardzo się skupiam na tym, by ich zadowolić albo nie ośmieszyć się w ich oczach. Przyznaję, że jestem człowiekiem, który stale próbuje zadowolić innych, lecz bardzo chciałabym się zmienić. 

      Nie będę cytować całej odpowiedzi Jezusa (prawa autorskie uzgodnione przeze mnie z wydawnictwem), ale zaznaczę, że autorka dostała 2 sposoby   radzenia sobie z tymi obawami. 

       Pierwszym jest przypodobanie się Panu jako priorytet, a nie ludziom. Należy się bać rozczarowania przed Jezusem, a nie przed ludźmi i brać Go pod uwagę przy każdym planowaniu czy podejmowaniu decyzji.

       "Po drugie, (mówi Jezus) pogłęb ufność we Mnie. Zamiast się starać zadowolić innych, aby dali ci to, czego pragniesz, zaufaj Mi, który zaspokajam wszystkie twoje potrzeby. Moje cudowne bogactwa nigdy się nie wyczerpują - podobnie jak Moja miłość do ciebie. Na ludziach łatwo możesz się zawieść, mogą cię oszukać, składając obietnice, których nie mają nawet zamiaru spełnić. Nawet, jeśli w danej chwili mają dobre intencje, potem mogą zmienić zdanie. Ja zaś zawsze jestem taki sam, możesz więc całkowicie na Mnie polegać. Zawierzenie się innym może być ryzykowne. Ufanie Mnie jest mądre - pozwala poczuć się bezpiecznie."

Strach przed człowiekiem to sidło,
kto ufa Panu, bezpieczny.
Prz 29,25
 
   Czy prowadzenie bloga czy konta na Facebooku nie jest czasem jakąś formą zabiegania o akceptację ludzi? 

      Tłumaczę się, że spełniam się jako samorodny "literat", piszę do szuflady, ale jeśli nadarzy się okazja lub zachęcona przez innych, ociągając się nieco, publikuję. Chcę zadowolić potencjalnych obserwatorów, ale gdy piszę od serca, poruszając temat, który jest mi bliski, choć niekoniecznie odpowiada czytelnikom, jest mi po ludzku przykro.

      Np.: religia jest dla mnie bardzo ważna. Ale lęk przed urażeniem kogoś, komu nie jest ze mną po drodze, często hamuje moje zapędy "literackie" i rzadko podejmuję takie tematy.

     Nie można poddawać się strachowi, bo lęk może szybko człowiekiem zawładnąć, jak czarny ptak, który łopocze swoimi skrzydłami w naszym sercu.


     Ale mam podobać się Panu. Zaufać Mu i nigdy się Jego nie wyprzeć, nie wstydzić.

piątek, 20 maja 2016

JAK SIĘ DZISIAJ CZUJESZ?

    Jeszcze w czasach licealnych napisałam słowa do granych przez kolegę na korytarzu  w czasie przerw lekcyjnych,  melodii. 

   Użyłam w czwartej zwrotce cytatu ze starego rodzinnego zbioru "Najpiękniejszej poezji". Ułożyłam do niej drugi głos i stworzyłam kwartet z koleżankami.

   Od tamtej pory już nie było słychać samotnej gitary, ale już 4 dziewczyny, śpiewające na 2 głosy z jej (gitary) akompaniamentem. Piosenka szybko stała się przebojem szkolnym.

    Doszły mnie "słuchy", że autorstwem słów do piosenki chełpi się jakaś dziewczyna z młodszej klasy. 

     Nie umiałam walczyć o "prawa autorskie", chociaż wystarczyło zapytać ją o pochodzenie cytatu i już sprawa byłaby rozwiązana. Nie zapowiadałam się na noblistkę, więc odpuściłam.

       Zbliżała się matura i uznanie praw do autorstwa nie stanowiło w tym czasie najistotniejszej sprawy dla mnie, chociaż nie ukrywam, trochę bolało. Pytanie: "Jak tak można?" nurtowało mnie jeszcze długo, ale nawet nie próbowałam dowiedzieć się, która to była dziewczyna.

       Podobny przypadek spotkał  kobietę należącą do Koła Terenowego Polskiego Związku Niewidomych w Wadowicach (dziś już nieżyjącą)  Józefę Jucha.

Jej wiersz przedstawiony był przez niektóre gazety jako utwór Wisławy Szymborskiej (bez udziału w tym nasze noblistki).

    Właściwie styl, humor autorki, jaki bije z wiersza, mógł zmylić wielu. Mnie też.

    

poniedziałek, 16 maja 2016

ONA MA CHWILĘ CZASU

by Konstanty Rozumow






"Ona ma chwilę czasu, a więc sobie płacze

Bo w płaczu tak głęboko można odpoczywać

Twarz w nim zanurzyć, powieki obmywać

I w lustro patrzeć

 

Ona ma chwilę czasu a więc sobie płacze

Ostrożnie. Niech spod powiek wypłynie powoli

Szklany odprysk zmęczenia,  co tak bardzo boli

Będzie inaczej 




 

Ona ma chwilę czasu. Dziś po nocnej zmianie

I tramwaj się nie spóźnił. I w sklepie nie spała

Obiad ugotowała. W domu posprzątane

Więc zapłakała 



W ciasnej łazience gęsto rozwieszone

Mokre koszule jak spocone ciała

A ona patrzy w lustro. Tak jak gdyby stała

Nad studnią i swej twarzy w głębinie szukając

Płakała 


 

Jakie szczęście - dziś jest dozwolone

Patrzeć jak łzy spadają."
(Ernest Bryll)


Jak widzisz dziś kobietę pracującą w korporacji, za ladą sklepową w supermakecie, w zwykłe dni do późna w nocy , w niedzielę i święta (już nie :)?
Bo ja, tak: 

Umęczona Kobieta - Anioł 




sobota, 14 maja 2016

TĘSKNIĆ ZA ŁZĄ JEDNĄ



"Cóż, mężczyzna nie płacze. Tego się uczyłem
Od samego dzieciństwa. Coraz bardziej sucho
miałem pod powiekami. I wzrok był ostrzejszy
 oddech spokojniejszy i świat jakby mniejszy
 mój głos w świecie nie brzęczał tak krucho
 
Cóż, mężczyzna nie płacze - bo zna swa bezsiłę
Uczy się milknąć i w ciemność odchodzić
Przyjaciół nie mieć, z wrogami się godzić
I tęsknić za łzą jedną, co by z Bożą łaską
Popłynęła mu z oczu zamiast ziaren piasku."
 
(Ernest Bryll) 
 


Ale wg T.Love- Chłopaki nie płaczą, więc za czym tęsknić?
 
 

Podobno nie ważne, że życie nie zawsze jest słodkie, jak cukierek, że cię panna zostawiła, no i nie masz kaski.
Popatrz, nawet jeśli jesteś biedny, jak przysłowiowy "goły święty turecki", to i tak możesz cieszyć się, że nie masz, np. odcisków pod stopą. 



 A przecież mógłbyś się ich nabawić, gdybyś kaski szukał np. na Krupówkach. Ale nie chciałeś odpuścić sobie.
I tak od czasu do czasu siadałeś na taborecie, aby sprawdzić, czy ci nie wrzucili moniaka między miechy.



Nie musisz zaraz rozpaczać, że nie możesz przypomnieć sobie, jak leci ten kawałek na saks. Przecież to nie koniec świata.

Przypomnisz sobie.



    Nawet boję się już ci proponować inne rozwiązania zarobkowania. 
Tylko małpki nie ma skąd wziąć, chociaż za bardzo sam małpowałeś i dlatego cię panna wyrzuciła.



No to co, że cię  wyrzuciła? 
Masz rację, to też nie powód do płaczu.



Przecież piszę, że wyrzuciła!
To czemu wchodzisz wyżej?
W dół tymi schodami, przed siebie! 




 Przynajmniej po przebudzeniu, czujesz świeży oddech świtu
bo w tym śmietniku to raczej nie perfumeria?
 
 
   
 I dach blaszany masz nad głową, samodzielne mieszkanko i 
zarobek błazna, to też niezła kaska.
 Nie trzeba jeździć na Krupówki.

 
Ale ty, nie....
Płakać ci się chce...
Gołębie serce, jak u niewiasty...
 
 
 Za maską błazna kryjesz swa wrażliwość.
 
 
To teraz zacytuję ci kawałek tekstu z utworu Metallica:
 
"... Nigdy nie otwierałem się w taki sposób
życie należy do nas, 
żyjemy na własnych zasadach
Wszystkich tych słów nie mówię od tak
Nic innego się nie liczy 
Poszukuję wiary
którą znajduję w Tobie
Każdy dzień przynosi nam coś nowego 
Naucz się patrzeć z innej perspektywy
Nic innego się nie liczy. "

A jeśli jeszcze posłuchasz tej ballady
 i popatrzysz na piękne obrazy, to, proszę cię, 
możesz, jeśli chcesz, popłakać. 
Nikt nie będzie cię widział. 
Nie wierz, że chłopaki nie płaczą. Bo płaczą.
 
Może myślisz, że przeczę samej sobie?
 Wychodzę z założenia,
 że są wyjątki od niektórych zasad. 
 
 
 No i nie jesteś sam, nawet, gdybyś nie oczekiwał współczucia.