Translate

sobota, 30 kwietnia 2016

NIEUDANY LUNCH

   Rzecz dzieje się przed rokiem 2010.
Dlaczego tak skrupulatnie podałam datę graniczną?  Dowiecie się trochę później.

   Nie wiem dlaczego, ale dzisiaj stoliczek sam nie chciał się nakryć. Trudno, ja tam się nie mam czym znowu tak martwić. Przynajmniej nie będę ślęczeć nad garami ;-) 
 Pójdę sobie na zakupy do wielopowierzchniowego sklepu (nie podam nazwy, nie chcę nakręcać reklamy gigantowi), może tam zjemy... lunch. A co, sklep z kapitałem obcym to i my nabierajmy  światowej ogłady.

     Zakupy zrobiły się w iście rekordowym tempie, w rytmie marsza. To kiszki mi z głodu grały, a batoników między półkami nie próbowałam zajadać, bo trzeba byłoby przynajmniej opakowanie do kasy zatrzymać. A nie dam głowy, czy na takim głodzie zatrzymałabym się tylko na batoniku, wszak i opakowania wyglądają  niezmiernie apetyczne.  Wolałam nie ryzykować. Podobno uzależniony na głodzie, jak tylko zacznie to pa.. pa.. po wieloletnim odwyku. 

    A jeszcze jeden problem. A jak by mnie, na taki przykład, kamerka namierzyła? Wcinając pod taką presją,  to batonikiem można się udławić! I wywiesiliby jeszcze moją fotkę z facjatką umazaną czekoladową polewą przy drzwiach wejściowych. Chociaż umorusanej może nikt nie rozpoznałby? 

    Co ja tam sobie myślę - a kto mnie tu w wielkim mieście zna? Wielkie aglomeracje mają to do siebie, że możesz czuć się swobodnie, chociaż mąż nie wyobraża sobie zamieszkania poza obecnym miejscem. Tutaj, idąc ulicą, buzia mu się nie zamyka od "dzień dobry państwu", "witaj", "jak się masz", "cześć" itp. Wie, że i tak, na stare lata przeprowadzi się w pobliże zamieszkania dzieci, ale grymasi i mnie drażni wymyślaniem wciąż nowych wymówek, aby decyzję przeprowadzki odwlekać.

   -  Spójrz - zwraca się mąż do mnie pomiędzy ukłonami wobec przechodniów, idąc na mszę do kościoła i mijając wychodzących z niego - tu przeszliśmy 300 m , całą drogę mijamy znajomych z osiedla i pozdrawiamy się. A kto mnie będzie tam znał, komu się na ulicy ukłonię?
Nie wyprowadzę się stąd.

  -  Słuchaj, jeśli tu będziemy mieszkać do późnej starości, to i tak w najgorszym razie, może nas demencja złapać i nie będziemy już rozpoznawać znajomych.  Będziemy się każdemu kłaniać. To co ci będzie zależeć, czy to będą obcy czy znajomi, czy tutaj, czy w nowym miejscu?

    No więc, skoro batonikami się nie wspomogłam, trzeba zasiąść w barze na wspomniany wcześniej... lunch. Nozdrza jednak połechtane zostały kapuśniakiem (to już nie po zachodniemu, no bo jak można jeść zupę ze  zgniłej kapusty?) 

   W kolejce jednak trzeba odstać, chociaż nie ma obawy, miejsc wolnych jeszcze kilka jest. To nie tylko mnie stoliczek nie chciał się dzisiaj nakryć, bo jakaś młoda para też wcina, z ta różnicą, że  z ich talerzy paruje pomidorówka. Nie wiem, tylko dlaczego dziecko w kąciku  bawi się zabawkami (to nowość w tym sklepie - ten kącik urządzony jest chyba od miesiąca), czy nie jest głodne? To rodzice napychają sobie brzuszki, a ono? Pewnie to niejadek.

    Pozostałe stoliki zajęte  chyba przez singli. Moja kolejka już się zbliża, zupa na talerzu gorąca. Muszę jednak donieść do stolika z kelne...rską... gra...cją, ...żeby się ...nie ...popa...rzyć. 

   No i... nie udało się! 
Wytrącona zostałam z równowagi we wszystkich możliwych wymiarach. Zatrzęsłam się z oburzenia,
z litości, a nie z bólu od gorącej zupy, rozlanej na ręce, ubranie i podłogę. 

    Otóż do kącika bawialnego wpadł starszy pan, czerwony na twarzy, złapał za kołnierz odwróconego tyłem i zaskoczonego chłopczyka, aż mu czapeczka z głowy spadła i zaczął wrzeszczeć:
- To ja ciebie po całym sklepie szukam! Dlaczego mi znowu uciekłeś! 
 Dał mu kilka klapsów. Chłopiec zaczął płakać.

   Już biegłam do nich, aby skarcić dziadka, ale zobaczyłam, że po twarzy staruszka ciekną łzy, chyba, z bezsilności, która ogarniała go, kiedy rzucał się we wszystkie strony pomiędzy regałami sklepowymi, aby odszukać uciekiniera. Maluch fikał w górze nóżkami. Zdążyłam tylko przytulić dziecko i powiedzieć:

  - Rozumiem pana, ale to dziecko, tak nie wolno. Myśleliśmy, że to syn tych młodych ludzi. 

 - A co pani rozumie, zginęło pani kiedy dziecko? Serce mi chciało wyskoczyć, tyle się smarkacza naszukałem! 

 Złapał wnuczka za rękę i pociągnął za sobą do wyjścia.

Odechciało mi się jeść. Poparzona i poplamiona zakończyłam nieudany lunch.

  Jak była reakcja pozostałych? Różna, jedni straszyli policją, inni współczuli dziadkowi, a żałujących dziecka było niewielu. W kąciku pozostała czapeczka dziecka, której dziadek nie zauważył.

 <><><><><>

    Dlaczego ta data na początku "przed 2010"?
   Dlatego, że między innymi z inicjatywy Rzecznika Praw Dziecka wprowadzono do polskiego porządku prawnego całkowity zakaz bicia dzieci w 2010 r.


   A dzisiaj, 30 kwietnia, jest obchodzony Światowy Dzień Sprzeciwu Wobec Bicia Dzieci, ale nadal jest wysoki poziom społecznej akceptacji stosowania kar cielesnych wobec dzieci. 

  Właśnie znalazłam dzisiaj na fb informację, że RPD wystosował wczoraj Apel o Narodową Strategię na Rzecz Walki z Przemocą Wobec Dzieci, w którym deklaruje
" pełną gotowość do współpracy przy wypracowywaniu najlepszych rozwiązań dla dzieci" .

Od wielu lat Rzecznik Praw Dziecka prowadzi kampanię "Reaguj. Masz prawo", "Bicie uczy, ale tylko złych rzeczy", "Bicie, czas z tym skończyć".


 

   

   

 


4 komentarze:

  1. To prawda, że niekiedy dzieci potrafią przyprawić nas o zawał ale nie znaczy, że trzeba je bić. Ponieważ, przemoc rodzi przemoc i nic dobrego z tego nie wychodzi, jak tylko katastrofa rodziców i dziecka na przyszłość, co też negatywnie odbija się na społeczeństwie. Metody wychowania dzieci, powinny się opierać na spokoju a przede wszystkim daniu dziecku dobrego przykładu samego siebie jako wartościowego człowieka a co oznacza, że trzeba być dla dziecka niepodważalnym autorytetem i wtedy, wszelka przemoc jest zbędna. Tak byłam wychowana ja i tego się trzymam, moi rodzice nigdy nie dali mi powodu do złego się zachowania ani do żadnego lęku. Dlatego, bardzo cenię sobie ich metody wychowawcze jakich i ja użyłam w wychowaniu moich dzieci, chociaż mój były mąż niejednokrotnie próbował się na nie unosić, ale nigdy mu nie pozwoliłam by je maltretował i wywoływał w nich negatywne uczucia, z którymi trudno byłoby im żyć. Tym bardziej, że nie można liczyć na społeczeństwo w żadnej kwestii życia, gdyż ogólnie panuje znieczulica i nie wielu jest takich ludzi jak Ty dałaś temu przykład. Nie udany lunch, jest niewiele znaczący do Twojej godnej człowieka postawy i to się chwali, oby więcej takich ludzi było jak dałaś przykład to nie byłoby zdeprawowanego społeczeństwa, a tak niestety mamy co mamy i co między innymi w swoim poście opisałaś. Podzielam całkowicie Twój pogląd spostrzegania i myślenia, a przede wszystkim całkiem ludzkiego zachowania się w wyżej wymienionych sytuacjach. Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie i życzę miłej i pogodnej majówki. Miło mi, że Cię poznałam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niektórzy rodzice w doborze swoich metod wychowawczych są krótkowzroczni. Chyba znają powiedzenie "czym skorupka nasiąknie...". Kiedyś oni mogą być słabi, bezbronni i sytuacja może się odwrócić.

      Usuń
  2. Dziecka wychowanie, przekłada się na jego zachowanie. Tak jak my je traktujemy, tak ono będzie traktować nas. W społeczeństwie, też inaczej zachowywać się nie będzie. Dlatego, trzeba być dla niego autorytetem, z rozumnymi argumentami na życie. Serdeczności.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się z Tobą, Liliano. Pozdrawiam

      Usuń