Translate

niedziela, 31 stycznia 2016

SORBONA ------ I odcinek „Wojaże po Europie-1981”

        Miałam zamiar chronologicznie opowiadać w kilku odcinkach o 25- dniowej podróży autokarem w 1981 roku w maju trasą z Polski przez Niemcy, Austrię, Włochy, Francję, Księstwo Monaco, Hiszpanię, ponownie Francję, Luxemburg, znów Niemcy, Czechosłowację  i powrót do kraju. I nie zanudzałabym informacjami, na temat co zwiedziłam, polecając tym samym godne uwagi miejsca.  W obecnych czasach, nawet jeśli ktoś tam nie był, to i tak ma  o tych krajach doskonałe wyobrażenie na podstawie  Internetu, telewizji czy kina.

        Moją intencją jest podzielenie się z Czytelnikami moimi spostrzeżeniami na temat różnych zachowań ludzkich w  grupie społecznej. Nie będzie tu żadnych wywodów socjologicznych, ale proste przykłady, autorsko nazwane przeze mnie: „sytuacyjne”.

       A była to szczególna grupa, bo przez 25 dni połączona na dobre i złe w małym blaszanym pomieszczeniu, jakim był pojazd, co prawda, jak na tamte czasy - luksusowym. Mercedes był niezawodny, gorzej pasażerowie.

      Nie zacznę dzisiaj od zawodu w pierwszym dniu wycieczki, jaki przypadł mi w udziale, kiedy spodziewałam się empatii ze strony towarzyszy rozpoczynającej się podróży. A należy dodać, że charakter wycieczki nakazywałby pewne zachowania. Wycieczka była połączona z pielgrzymką do Lourdes. Podróżowaliśmy autokarem z własnymi namiotami, butlami gazowymi, kuchenkami, śpiworami i ukrytymi zapasami żywności, których to nie wolno było wywozić z kraju ( stan wyjątkowy w Polsce).

    Grupa składała się z członków pewnej grupy zrzeszającej przedstawicieli inteligencji katolickiej z całego kraju o różnych zawodach. Byli m.in.  wykładowcy akademiccy, co niektórzy z doktoratami, a nawet pewna pani doktor medycyny, która swoje nauki pobierała na Sorbonie. Ta ostatnia nie była członkiem grupy, natomiast zasiliła szeregi wycieczkowiczów, aby wspierać koleżankę lekarkę. W końcu 25 dni podróży mogło powodować u podróżujących różnorakie przypadki zdrowotne. Trafiła się tej pani okazja nie byle jaka, liczyła bowiem, że ponownie nawiedzi progi Sorbony.

Sorbona

        Podpadła mi ta pani kilkakrotnie, w różnych momentach, więc nie na próżno przedstawię ją teraz.

       Nie przyznała się, że ma zapasową butlę gazową, kiedy rozpaczliwie szukałam osoby, która mogłaby mi jej użyczyć. Zgodnie z moim pechem nie załadowałam do samochodu swojej. Byłam pewna, że już w aucie jest włożona wcześniej przez męża. Brak butli stwierdziłam na zgrupowaniu przed autokarem w momencie wyruszania w trasę. Nie było czasu na powrót do domu odległego ponad 100 km. A przed wyjazdem przecież zobowiązałam się pani, z którą miałam dzielić namiot, że zapewniam butlę z kuchenką gazową. 

       
Zlitował się nade mną kierowca, który niespodziewanie na campingu w Salzburgu pojawił się z butlą dla mnie. Przestrzegł mnie, że nie wie, na ile dni może mi starczyć gazu, bo używał go już pewien czas. Dzięki Bogu starczyło do końca dni, chociaż płomień przygasając w pewnych momentach, wywoływał we mnie trwogę, że zginę z głodu pośród tak szlachetnego  towarzystwa. 




    Pani doktor bardzo mnie zdumiała, kiedy pod koniec wycieczki na campingu w Czechosłowacji w Podebradach, po sporządzeniu ostatniej kolacji za granicą wyszła z namiotu i wypuściła w powietrze gaz z zapasowej butli, którą cały czas ukrywała. Nie był już jej potrzebny. Po zakończeniu wojaży musiała pociągiem wracać do swojego miejsca zamieszkania, po co zatem miała dźwigać niepotrzebny balast z Warszawy do swojego miasta!   
        
         Absolwentka Sorbony podpadła mi wcześniej, kiedy nie chciała, zresztą wraz z koleżanką lekarką, udzielić pomocy dwom młodym dziewczynom, które mimo ostrzeżeń nie zeszły ze słonecznej  plaży w Walencji. Cała wycieczkowa grupa przebywała na plaży rano, opalając się  oraz podziwiając różnokolorowe kwitnące kaktusy, poczym udała się na zwiedzanie miasta. Nieobecność młodych kobiet jakoś uszła uwadze pozostałym turystom.

Zachód słońca w Walencji nad morzem
      Kiedy wycieczka powróciła pod wieczór na camping - dziewczyny  leżały już   z gorączką, drgawkami i zaognionym ciałem od nadmiaru słońca w swoim namiocie. Szanowne medyczki, a szczególnie ta wyszkolona na Sorbonie, uważały, że „jak głupie, to niech pocierpią”. Może trochę racji miały, ale gdzie przysięga Sokratesa?

     I kto przyszedł z pomocą? Kto może już nie raz ratował podróżnych z takiej opresji?
     Oczywiście, kierowca! Woził ze sobą mleko w proszku, więc zrobił papkę z wodą. Nie wiem czy dodawał jakieś inne składniki do sporządzonej przez siebie mikstury, fakt, że z niekłamaną przyjemnością oklepał nią młode spalone ciała. 

    A swoją drogą to własnie te panienki  ku zazdrości pozostałych szczyciły się po wyjściu z autokaru na zakończenie wycieczki najwspanialszą opalenizną, którą zachowały dzięki okładom kierowcy.

  A, jeszcze słówko. Pani doktor, przepraszam i wybaczam.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz